Wydawnictwo Do

Marek Ryćko

Ostatnio wydane
Książki
Zapiski książkoroba
Piotrków nie tylko Trybunalski
Cytryna
Autorka
Spis treści
Od Wydawcy
Człowiek i jego znaki
Ile kosztuje fotel burmistrza?
Największe miłości świata
Zbyt duża różnica płci...
SMS – Słowa Mają Siłę
Pani Magdo pani pierwszej to powiem...
Autorzy
Nasza firma
Informacje dla przyszłych Autorów

Wydawnictwo Do
Marek Ryćko
telefon: (0 22) 824 05 07
faks: (0 22) 824 05 02
e-mail: do@do.com.pl

Ostatnia aktualizacja:
29 listopada 2006 r.
godzina: 12:31

Zgodność ze standardami:

XHTML 1.0   CSS 2.1
 

Fragmenty książki

Przedstawiamy cztery rozdziały książki Beaty B. „Cytryna”.

tequila boom, boom

Trzecia nad ranem. Bezsenność nie zna litości. Jest jak wyrok z nakazem natychmiastowego wykonania. Siedzę tak czwarty miesiąc bez możliwości odwołania. Jeszcze nie teraz. Niestety. Nic lepszego nie przychodzi do głowy. Film Dzień świstaka. Śmiech, taki na wszelki wypadek, maluje się na spragnionych pocałunków ustach. Co noc męczy ta sama wersja zdarzeń. Retrospekcja. Wizja lokalna z miejsca przeznaczenia?

Wznoszę toast. Tequila boom, boom. Cholera! Krzyczą w głowie słowa. Jestem już bardzo zmęczona. Chcę w końcu zamknąć oczy bez lęku, że bezwolnie wpadnę w epicentrum tornado ILY „I Love You”. Mała Ruda. Niedojrzała. Niepoprawna. Niereformowalna ja nie miałabym najmniejszej szansy na ucieczkę. Bo po co uciekać przed pragnieniem. Przekraczam wciąż granice wytrzymałości. Wchodzę pod nóż. Mam duszę hazardzisty. Ryzykuję świadomie. Ale tylko w miłości stawiam wszystko na jedną kartę. Zresztą, kto raz spróbował szczęścia instynktownie tego właśnie pragnie. Czyż nie?

Spaceruję z uśmiechem w kącikach niebieskich oczu, przywołując grzeszne dni. Najmniejszy podmuch powietrza sprawia znajomą soczystą przyjemność. Znów nieprzyzwoicie podnieca gęsia skórka na całym ciele. Wodzę się na pokuszenie.

Tylko kim ty właściwie jesteś?!

Z lekkością wznoszę kolejny toast. Tequila boom, boom. Jesteś projekcją oczu.

Z utęsknieniem czekam na najmniejszą rysę na szklistej od łez powłoce. Rysę, która zerwie dokumentalną taśmę. Bez przebaczenia. Bez powrotu. Bezapelacyjnie. Bez litości zamknę ją w okrągłym pudle, takim jak to na wytworne kapelusze. Przejdzie do lamusa. Usłyszę tylko krzyk ciszy. Odetchnę z ulgą przy całkowitej amnezji.

Minęła piąta trzydzieści nad ranem.

Nie wiem, która to już wyciśnięta cytryna i który wychylony kieliszek tequili Sunrise. Nic nie smakuje mi ostatnio tak, jak przebudzenie dnia o wschodzie słońca.

Polubiłam smak cytryny. Albo inaczej. Polubiłam smak cytryny na swojej skórze.

nie całuj tak

Nie całuj tak, bo kiedyś upomnę się o twoją namiętność.

Namiętność. Wszystko co mam. Ale dziś jest mi źle. Słucham Sarah Brightman i jestem bliska eksplozji. Pobiegnę za białym królikiem. Zniknę jak Alicja po drugiej stronie lustra. Tam wszystko jest możliwe.

Po drugiej stronie lustra świat nie jest inny od naszego. To wszystko wielka scena. Czasem grasz z kimś, a czasem przeciwko komuś. Chciałabym nie pozwolić ci uciec.

Więc mnie dziś nie wypuszczaj!

Zamienię senne marzenia w rzeczywistość, dreszcz przez słowo w dotyk.

Maluj namiętne pejzaże, z których skrawek błękitu oczu będzie odgadywać ciebie.

smakuję tęsknoty

– Wciąż przed nią uciekasz?

– Uciekam. Uciekam. Tyle razy kochałam ją we śnie, że znam każdy zakamarek jej delikatnego ciała.

– Rozbierz ją. Nie będzie się bronić, wiem. Ona jest poza zasięgiem. Dlaczego nie rozepniesz jej guziczków? Nie obejmiesz piersi? Kobietę rozbiera się tak cudownie...

Melodyjne: „Kobietę rozbiera się tak cudownie, kobietę rozbiera się...” gra w głowie, skutecznie zagłuszając pracę silnika. Oderwana kilka tysięcy metrów od ziemi, z wielkimi słuchawkami na uszach i z nosem przyklejonym do okrągłej szyby śmigłowca, macham do płynących obok chmur. Słońce żegna się właśnie z dniem, znikając za niebieskimi kulisami, a tonące w złocistym blasku jesieni drzewa i pola z determinacją łapią ostatnie promienie. Pod osłoną nocy, w ciągu sekundy, ziemia zapłonęła milionami kolorowych płomieni. Serca i krzyże ognia emanują wielkim spokojem. Jak pięknie w dole...

Zamykam oczy. Zdradzają wzruszenie. Z tęsknotą obracam w palcach małego złotego delfina.

– Pamiątka?

– Nie, prezent.

Wyrwana z objęć myśli, uśmiecham się do drugiego pilota. Nie zrozumie różnicy. Nie musi. Nie dziś. Dziś właściwie wszyscy żyją przeszłością. Wspominają bliskich. Tymczasem ja pod opieką Morfeusza wkradam się z powrotem do krainy marzeń. Smakuję tęsknoty, obracając w palcach małego złotego delfina. Czy można śnić gdzieś piękniej niż w niebie? Dosłownie – w niebie. Projekcja oczu zdradza treść o lekkim zabarwieniu erotycznym.

Tak. Kobietę rozbiera się cudownie.

Tak. Kobietę rozbiera się cudownie.

Taaaak!

podanie o rozgrzeszenie

Ostatni raz byłam u spowiedzi...

Cóż, mam złe lata i dobre miesiące. Marzec, kwiecień, maj, czerwiec, lipiec. Każdy posiłek zaczynałam od deseru myśląc, że złapałam Boga za nogi. Moja wina, bo kochałam.

Więcej grzechów nie pamiętam. Naukę i pokutę już dostałam.

Proszę o rozgrzeszenie.

Przebudzenie.

Dziesiąta trzydzieści. Niezawodnie punktualne słońce w znaku Ryb. Tęskniłam. Poczułam jego obecność po tym, jak figlarnie przeciągnęło mi aksamitnym promieniem po twarzy. Wstawaj śpiochu. Było niepokorne jak dziecko, które przed chwilą zrobiło niewinną psotę. Przestań – łaskoczesz. Próbowałam przegonić rękoma przyjaźnie natrętne macki. Nie dały za wygraną. Zaczęły się przekomarzać. W końcu wypełniły sypialnię ciepłem, radością i spokojem. Roześmiałam się w głos. Śmiechem obudziłam spragnione wiosny ptaki. Śpiewały, siedząc na wciąż zaśnieżonym parapecie. Wyraźnie zdenerwowały Karola. Nerwowo podniósł się z ciepłego kaloryfera. Wyjrzał przez okno, jakby dostał zaczepną śnieżką od wróbla. Oślepiło go słońce. Bezradny zmrużył oczy i wskoczył do łóżka. Liczył na wsparcie. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Przytuliłam go. Mruczał. Urodzony zwycięzca. Skończył właśnie pół roku. Był największy z trojga rodzeństwa, ale zupełnie nie umiał o siebie zadbać. W ramach uczty pozwoliliśmy sobie na szklaneczkę mleka i chałkę z masłem. Nie narzekaliśmy. Brak szampana i tortu zrekompensowało nam wzajemne towarzystwo.

Słońce z rozkoszą wypalało zmrożony nocą śnieg, zrzucając z dachu potężne sople lodu. Karol śledził drogę ich lotu, aż w końcu znudzony zasnął na szafie. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ucichły psy za oknem, choć jeszcze przed chwilą nieznośnie ujadały na listonosza. Na niebie ani jednej chmurki. Czysty błękit. Natrętny zwykle o tej porze wiatr też nie hulał w kominie. Wokół zapanował niczym niezmącony spokój. Nawet płomienie świeczek nie śmiały zadrżeć. Paliły się wolno smukłym, niebiesko-żółtym ogniem. Zaparzyłam herbatę cynamonową i postawiłam na podgrzewaczu. Utrzymywał przyjemne ciepło. Z czajnika wydostawała się para. Obserwowałam, jak lekko i swobodnie tańczyła w powietrzu.

W absolutnej ciszy słyszałam szelest starej sukni balowej...