Wydawnictwo Do

Marek Ryćko

Ostatnio wydane
Książki
Zapiski książkoroba
Piotrków nie tylko Trybunalski
Cytryna
Człowiek i jego znaki
Ile kosztuje fotel burmistrza?
Autor
Spis treści
Od Autora
Od Wydawcy
Największe miłości świata
Zbyt duża różnica płci...
SMS – Słowa Mają Siłę
Pani Magdo pani pierwszej to powiem...
Autorzy
Nasza firma
Informacje dla przyszłych Autorów

Wydawnictwo Do
Marek Ryćko
telefon: (0 22) 824 05 07
faks: (0 22) 824 05 02
e-mail: do@do.com.pl

Ostatnia aktualizacja:
29 listopada 2006 r.
godzina: 12:31

Zgodność ze standardami:

XHTML 1.0   CSS 2.1
 

Fragmenty książki

Przedstawiamy fragmenty książki Juana Pelaeza Gomeza „Ile kosztuje fotel burmistrza?”. Najpierw zapraszamy do przeczytania urywków pierwszego rozdziału, gdzie poznajemy postać tytułowego burmistrza, Benita. Później mogą Państwo zapoznać się z jednym akapitem pochodzącym z rozdziału, w którym pojawia się dama, zwana przez kolegów Białe Majtki. To właśnie jej dedykowany jest rekwizyt znajdujący się na okładce książki.

Władza

Nareszcie przekroczył próg tego gabinetu; teraz chodziło o to, by utrzymać się w nim jak najdłużej.

Spoglądał z góry na mieszkańców miasteczka. Krążyli od jednej strony rynku do drugiej, wchodzili do budynków i wychodzili z nich. Siedząc za biurkiem obserwował swoich wyborców i zastanawiał się nad fenomenem mechanizmu społecznego, który wyniósł go na ten urząd. Wystarczyło, że znalazł się na liście i że obywatele wrzucili do plastikowych skrzynek kartki papieru, a został burmistrzem. Wyniesiony ponad resztę śmiertelników dzięki dobroczynnemu działaniu czegoś, co nazywano demokracją, uśmiechał się z wysokości pierwszego piętra budynku urzędu miasta.

Pogrążony w myślach, obracał się w fotelu. Pierwsze, co zrobił po otrzymaniu nominacji, to zamówił sobie nowy fotel. Nie zamierzał siedzieć w tym samym, w którym spoczywał tyłek jego poprzednika. Tego by tylko brakowało. Chciał, żeby jego fotel był duży, możliwie największy. Ten, który zamówił, był rozłożysty i wystawał mu ponad głowę, a jego dwa olbrzymie zagłówki sprawiały wrażenie anielskich skrzydeł. Siedząc w nim, wyglądał jak archanioł powołany do rozdawania dóbr i wymierzania kar. Kiedy zobaczył w katalogu fotel, wiedział, że mebel ten – skórzany, czarny i o pańskim wyglądzie – jest dla niego stworzony. Zawsze chciał się czuć niczym król na tronie. Cena nie grała żadnej roli, i tak płacili podatnicy. Ważne, żeby robić dobre wrażenie i wzbudzać szacunek.

Od dzieciństwa marzył o przestronnym gabinecie z ogromnym biurkiem i gigantycznym fotelem, takim samym jak te, w których rozsiadali się amerykańscy prawnicy z czarno-białych filmów. Siedząc w kinie, wyobrażał sobie, że jest jednym z tych wspaniałych bohaterów, tak samo inteligentny, poważny i przenikliwy.

[...]

Wiedział, że nie jest człowiekiem obdarzonym charyzmą i że daleko mu do tych, którzy swym darem wymowy porywają tłumy. Był doskonałym przykładem lidera działającego w owych ponurych czasach, w jakich przyszło żyć jemu i reszcie społeczeństwa. Powierzchowność również nie działała na jego korzyść. Miał brzuch jak cyrkowy bęben, wyłupiaste oczy, które jego powieki z trudem utrzymywały na właściwym miejscu, i staromodny wąsik, skrywający sine, wąskie i mocne wargi. No i jeszcze ten wyraz twarzy kogoś, komu przed chwilą zmyto głowę.

Nie przemawiał za nim również fakt, że nigdy wcześniej nie postawił nogi w tym mieście. A mimo to udało mu się i został wybrany burmistrzem. Partia potrzebowała nowej twarzy, kogoś „niespalonego” w poprzednich utarczkach z opozycją. I tak oto pojawił się on, Benito.

[...]

Od jedenastu lat parał się polityką. Teraz nie miał już pojęcia o prawie ani nie zamierzał wracać do porzuconego zawodu adwokata. Do studiów prawniczych zmusili go rodzice, gdyż w dobrej rodzinie takie studia miały bardzo wysokie notowania. Nigdy sobie na nich dobrze nie radził. Studiowanie zajęło mu osiem lat, a dobrnął szczęśliwie do końca tylko dlatego, że ściągał i kilku bardziej uzdolnionym kolegom płacił, by chodzili na egzaminy zamiast niego.

Przy swoim braku pewności siebie nie wyobrażał sobie, że mógłby stanąć przed sędzią i wygłaszać mowę obrończą. Dlatego postanowił wstąpić do partii. Od początku miał świadomość, że dzięki rodzinnym kontaktom może zrobić karierę. Trzeba było tylko dużo mówić, podawać rękę i ze stoickim spokojem znosić niekończące się zebrania. Było to znacznie lepsze, niż stawiać się każdego dnia w kancelarii siostry i całymi godzinami przekładać papierki. W partii jedynym obowiązkiem było zachowywanie pozorów; dla kogoś tak leniwego, a zarazem tak niepewnego siebie jak on, stanowiło to idealne rozwiązanie. Prędko zorientował się, że w łonie organizacji politycznych praca zajmuje zaledwie dziesięć procent czasu; pozostała działalność polega na podtrzymywaniu odpowiednich kontaktów i krążeniu po korytarzach siedziby partii, żeby być widzianym. A to wymaga niewiele wysiłku.

Jakąż radość sprawił matce, kiedy powiedział: „Mamo, będę kandydował na radnego”. A ona rozniosła tę nowinę po wszystkich sąsiadkach i rodzinie. Już nie patrzono na niego jak na czarną owcę i zaczęto zwracać się doń z szacunkiem, jak do jakiejś osobistości. W Palencji, skąd pochodził, tytuł radnego robił duże wrażenie. Ostatecznie nie został wybrany, ale zaczął pełnić różne funkcje w łonie organizacji. Odtąd zawsze udawało się znaleźć jakiś tytuł – nie licząc, oczywiście, słowa „adwokat” – który mógł sobie umieścić pod nazwiskiem na wizytówce.

[...]

Pobiegł w dół ulicy do siedziby partii. Zziajany dopadł do drzwi. Mając na karku czterdzieści osiem lat, coraz częściej dostawał zadyszki. W środowisku, do jakiego należał, serce napędzane było tylko głową. Przyspieszało pod wpływem stresu, wściekłości albo rozczarowania. Żadnego sportu, żadnego zdrowego wysiłku, który mógłby je wzmocnić. Łapiąc oddech, przywołał windę i wjechał na trzecie piętro. „Polityka lokalna” – głosił napis na drzwiach pokoju. Zastukał tuż pod wywieszką; tego by tylko brakowało, żeby pokpił sprawę, stukając ponad nią. Usłyszawszy „Proszę”, otworzył drzwi.

– Dzień dobry, Guillermo. Jak leci?

Guillermo Fernández spojrzał na niego. Odpowiadał za coś, co nazywano „polityką lokalną”, a co polegało na tym, żeby dla dobra partii wyciskać z miast i gmin wszystkie soki. Powiadano, że miał dostęp do „szefa” stojącego na czele partii i rządu, Artura Martineza. Nikt nie mógł tego stwierdzić na pewno, ale na wszelki wypadek wszyscy Fernandeza szanowali. Wiadomo było, że jakakolwiek krytyka pod adresem przyjaciół „bossa” kończyła się zesłaniem „na galery”. Albo – co na jedno wychodziło – na jakieś nędzne stanowisko, na którym największa odpowiedzialność polegała na robieniu fotokopii.

Guillermo zdjął okulary. Odchylił się w tył w funkcjonalnym, choć wąskim fotelu, który wyglądał, jakby miał gdzieś ukrytą sprężynę, by jego właściciel mógł błyskawicznie rzucić się swoim rozmówcom do gardła. Obejrzał Benita od stóp do głów, jakby chciał się przekonać, jak mocno jest w stanie utrzymać się na nogach albo jak pewnie się porusza. W końcu zawiesił wzrok na jego czaszce. Wszystko było jasne. Widział już tylu innych takich jak on. Wiedział, że w razie potrzeby ten mężczyzna własnej matce podałby na śniadanie środki przeczyszczające, a potem sam zamknął się w toalecie.

– Dzień dobry – odparł.

– Jak dzieciaki?

– Nie jestem żonaty.

Benito poczuł, że wyszedł na idiotę. Próbował zatrzeć złe wrażenie.

– Prawda. Gdzie ja mam dziś głowę...

– No właśnie, może byś tak umieścił ją na swoim miejscu. Partia nie potrzebuje roztargnionych, a tobie ma coś do zaproponowania. Nie chciałbyś zostać burmistrzem?

– Czemu nie, ja dla partii...

Znowu mu przerwał.

– Przestań pieprzyć. Nie będziesz mi tu sprzedawał swojej ideologii. Żaden z was jej nie ma. Potrzebuję kogoś, kto będzie tańczył, jak mu zagrają i robił, co mu się powie, w pewnym mieście, w którym nasi towarzysze z partii mają swoje interesy. Są tam tereny, które nie zostały przekwalifikowane, a które można przeznaczyć pod zabudowę. To poważna sprawa, bardzo poważna. Trzeba być gotowym na wszystko.

Ostatnie zdanie zabrzmiało tak, jakby w samym środku zimnej wojny powiedziano mu, że jeśli miałby dostać się w ręce wroga, lepiej żeby zjadł własną wątrobę.

Guillermo wstał. Zdecydowanym krokiem podszedł do okna. Poza drzwiami był to jedyny otwór, jaki znajdował się w owym przytłaczającym pomieszczeniu pełnym dokumentów z wypisanymi na kolorowo nazwiskami i map z miejscowościami leżącymi na terenie poszczególnych gmin. Benito odprowadził go wzrokiem; na tyle tylko się odważył. Intuicja podpowiadała mu, że to, co proponuje mu ten mężczyzna, jest jego ostatnią szansą na zrobienie kariery politycznej.

– Oczywiście, że możecie na mnie liczyć – pospieszył z odpowiedzią.

We wszystkich partiach są osoby, których władza jest tylko pozorna, a za pozorami nic się nie kryje. Tymczasem u Guillerma wyczuwało się solidny kościec. Jego władza sięgała tak daleko, że sam był władny kontrolować władzę. Władza i kontrola to dwie części składowe tej samej siły, niczym yin i yang albo czerń i biel. Jedno bez drugiego oznacza czystą destrukcję; czy to przez brak działania, czy też przez jego nadmiar. U Guillerma obie te składowe pozostawały w równowadze. Benito drżał, ilekroć czuł na sobie jego spojrzenie. Gdyby ten mu kazał, byłby gotów uklęknąć przed nim nawet na dywanie usłanym kawałkami szkła.

Upewniwszy się, że Benito jest do jego dyspozycji, Guillermo powiedział mu o Villariego. Było to nieduże miasto, przylegające do najdynamiczniej – pod względem urbanistycznym – rozwijającej się części Madrytu. Prognozy przedwyborcze były jasne. Partia wiedziała, że i tak odniesie zwycięstwo, nawet gdyby do wyborów wystawiono kogoś bez żadnej charyzmy, wręcz kompletne zero. Taka osoba partii wystarczała. Ważne, żeby była posłuszna dyrektywom, jakie zostaną jej wytyczone. A idealnym kandydatem był ktoś tak zdesperowany jak Benito.

Kiedy półtora roku później, patrząc przez okno swego gabinetu w urzędzie miasta, wspominał wcześniejsze wydarzenia, wiedział, że wówczas postąpił jak należało. Chociaż nie miał nad niczym kontroli, wcale się tym nie przejmował. Od kontroli był Randueles, człowiek twardy, ambitny i pozbawiony skrupułów. To jego zadaniem było osiągnąć za wszelką cenę wyznaczony cel. A on, Benito, i tak wyjdzie na swoje i każdego dnia będzie mógł patrzeć przez okno na obywateli, którzy go wybrali. Biedacy, myślą, że coś dla nich zrobimy!

Poczuł głęboką satysfakcję. Nareszcie był burmistrzem.

Miłosne manipulacje

Mariana, zwana przez swych partyjnych kolegów Białe Majtki, tylu mężczyzn już w życiu poznała, że zdawało się jej, iż wszystko rozgrywa się według utartego schematu. Początkowo byli wspaniałymi kochankami. Potem, w miarę jak wspinali się na coraz wyższe szczeble w hierarchii partyjnej, stawali się szorstcy w obejściu. Tracili pewność siebie. Wówczas następował etap, kiedy zaczynali widzieć w niej matkę. Ich męskie członki, początkowo nabrzmiałe pożądaniem, stopniowo przybierały postać martwych, smętnie dyndających robaków, które trudno było ożywić. Winę za taką sytuację ponosiły skumulowane stresy i napięcia wywołane walką o stanowiska. Kiedy zaczynała robić im o to wyrzuty, czuli się zranieni, szukali nowej kochanki i związek rozwiewał się jak dym.